Dwa tygodnie temu, przetoczyła się fala dyskusji po wpisie pani Gosi Ohme, na Mamadu. Dyskusja była bardzo emocjonująca i większość osób, ku memu zdziwieniu, stanęła po stronie ojca, który nie chciał się dołożyć w kwocie 200 zł na korepetycje swojego syna z matematyki.

Ku mojemu zdziwieniu owa większość uznała, że matki – rozwódki są niecnymi babami, które alimenty traktują jako swe jedyne źródło dochodu, źródło chodzenia na zabiegi kosmetyczne, korzystania z solarium, kupowania ciuchów i wielu innych rzeczy oraz sprawiania sobie przyjemności, bez których niecna baba – matka się nie obejdzie. Takich głupot dawno nie słyszałam i nie czytałam. Większość kobiet taka nie jest. Bywają odstępstwa od reguły, ale są nieliczne. Nikt nie pomyślał, że taka matka, mająca na uwadze najpierw swoje dobro, a następnie dobro dzieci, mogłaby te dzieci nie wychowywać na mocy wyroku sądu, po wpłynięciu pozwu zatroskanego ojca. Gdyby większość niecnych bab taka była, zapewne ich dzieci byłyby pod opieką ojców całe 24h na dobę, do co najmniej końca świata. A jak wiemy, tak nie jest. Czemu? Bo matka – rozwódka, czy matka samotnie wychowująca dziecko zrobi wszystko, dosłownie wszystko, by swojemu dziecku nieba przychylić, zapewnić jemu wszystkie niezbędne potrzeby, czyli wyżywienie, mieszkanie, leczenie, odzież, środki higieny osobistej, zajęcia dodatkowe, wykształcenie, rozwój talentu, potrzeby kulturowe, jak również wydatki na wypoczynek, rozrywkę, czy meble do pokoju. Takie matki, podobnie jak matki żyjące z mężem przy boku, partnerem, niczym się nie różnią i nie są nawiedzone. Dawanie swojemu dziecku, wszystkiego co najlepsze, zapewnienie godnego dzieciństwa, nie jest żadną fanaberią.

Nie większe wzburzenie wywołała kwota, posiadanych przez opisaną bohaterkę artykułu, alimentów w kwocie 1200 zł. I się posypał grad obelg na matkę, nieumiejętnie wydającą zasądzone pieniądze, bo za takie pieniądze można utrzymać co najmniej piątkę dzieci. Wszyscy wpadli w amok zawiści i niesprawiedliwości, że owa bohaterka ma na to dziecko, aż tyle pieniędzy, a biedne kobiety wychowują swoje pociechy za 300 – 500 zł. Pomnożyli ową sumę na drugie dziecko i wyszła im bagatelna suma 2.400 zł. A gdzie jest napisane, że każde dziecko tyle dostaje alimentów? Szukam, szukam i nijak nie mogę owej informacji wychwycić. A może ta kwota jest na oboje dzieci? A nawet gdyby byłoby to 1200 zł na jedną pociechę, to mniemam, że sąd zasądził takie alimenty na solidnej podstawie, a może to ojciec zgodził się na taką kwotę, w swej wspaniałomyślności. Jeśli jest to 1200 zł na jedno dziecko, to adekwatna kwota, zważając na jakim poziomie owa rodzina żyła, zanim się rozpadła. We wspólnym życiu miała duże mieszkanie, większe niż 40 metrów kwadratowych, odkładała pieniądze na szkołę swoim pociechom, założyła dzieciom fundusze inwestycyjne, opłacała naukę dwóch języków obcych obojga i uprawiane sporty, wyjeżdżała często na zagraniczne wyjazdy. Mniemam, że taka kwota z nieba się nie wzięła. Wysoki poziom życia dzieci przed rozwodem, nie może być powodem do jego znaczącego obniżenia.

Zasadą obowiązującą przy alimentacji dzieci jest równa stopa życiowa dzieci i rodziców. Nie wystarczy płacić tyle, żeby dziecko przeżyło. Jeżeli rodzic żyje na wysokim poziomie, to dziecko też ma do tego prawo – Agnieszka Swaczyna, Blog o rozwodzie i separacji.

Zarzut, że matka na równi z byłym mężem, powinna łożyć na dzieci tyle samo, jest w niektórych przypadkach bezzasadna. A może matka zarabia tylko 1500 zł? A jeśli matka choruje przewlekle i nie jest w stanie podjąć pracy? A nawet, gdy jest okazem zdrowia, nikt nie bierze pod uwagę jej pracy w zajmowaniu się całodobowo dziećmi, będącymi pod jej opieką. Taką pracę trudno jest przeliczyć na złotówki. Dlatego zasada „po połowie” nie zawsze musi obowiązywać. Może tak być, że ojciec dziecka zostanie obciążony większą częścią wydatków na dziecko. Bywa i tak, że może pokrywać wszystkie koszty jego utrzymania. Wszystko zależy od sytuacji.

Sąd zasądza alimenty, które są minimum wkładu finansowego w utrzymaniu dziecka. Każda matka, które dostaje na jedno dziecko, powiedzmy 300 – 500 zł, wie doskonale, że taka kwota, nawet przy jej zarobkach, bywa za niska, nieadekwatna do rzeczywistych potrzeb dziecka. Są to śmieszne kwoty, tym bardziej jak dziecko jest starsze i jego potrzeby są większe. Taka matka wie, że nawet po wniesieniu pozwu o podwyższenie alimentów, nie zawsze się uda je podnieść o wnoszoną kwotę, czasami sąd stwierdza, że kwota płaconych alimentów jest wystarczająca, a czasami bywa, że powództwo oddali. Wyroki sądu bywają nieobliczalne. Moje alimenty, przydzielone w kwocie 50 zł, nie będę komentować. W takich sytuacjach, podobnie jak moja mama i wiele innych kobiet, widząc interesujący wyrok sądu, ma pewien uraz dochodzenia sprawiedliwości w sądach. Tą awersję i zaniechanie jestem w stanie zrozumieć.

Alimenty w niskich wysokościach są dołujące. Wie to każdy rodzic, który je otrzymuje w imieniu swych pociech. Nie pokrywają one większości wydatków. I taki rodzic robi niewyobrażalne kombinacje, by te marne ochłapy wykorzystać jak najsensowniej. Łatwo jest też mówić, że taki rodzic może podreperować budżet dodatkową pracą. Udaje się tym, których stać na opiekunkę w czasie choroby dziecka, mają pod ręką bliską rodzinę albo tym, którzy mają już starsze dzieci. Znam osobiście samotne matki, które mając sposobność dodatkowej pracy, nie mogą się jej podjąć, bo nie mają z kim zostawić swoich pociech, nie tylko w czasie infekcji. A częste L4 brane na dziecko, czy nieelastyczne godziny pracy, powodują u macierzystego pracodawcy niekontrolowane drgawki zniecierpliwienia. Każdy rodzic, znajdujący się w takiej sytuacji, musi się nieźle nagimnastykować, by zapewnić dziecku bezpieczeństwo i dobrobyt. Taki rodzic wie, jakie to trudne. Tacy rodzice sobie radzą. Takim rodzicom trzeba bić brawo i im gratulować, że potrafią znosić trud, znoje i niedogodności. Tacy rodzice doskonale wiedzą, że nie powinno tak być.

Dla tych, którzy chcą się zagłębić w lekturę, jak to jest u naszych najbliższych sąsiadów za miedzą zachodnią, proponuję przejrzeć tabelkę. Niemieckie sądy rodzinne, przy ustalaniu wysokości alimentów na dziecko, posiłkują się tzw. Düsseldorfer Tabelle, gdzie ich wysokość jest zależna od dochodu netto dłużnika alimentacyjnego oraz wieku dziecka. Tabela ta, wprowadzona od roku 1964, jest aktualizowana co roku, a jej celem jest standaryzacja alimentów. Polskiemu rządowi, proponuję również przejrzeć tabelkę i wprowadzić owo rozwiązanie na naszą ziemię.

Zapalczywcom, którzy grzmią, że bohaterka powinna mieć odłożone środki na niespodziewane wydatki, proponuje zajrzeć do swojego portfela, konta. I co? Ile macie odłożonych środków?

To niełatwe zadanie, to wyzwanie, żyjąc w takich okolicznościach przyrody, a nie innych. Tym bardziej trudniejsze, gdy jest się samotnym rodzicem, ma się nisko płatną pracę i wiele innych trudności, przeszkadzających w osiągnięciu niezależności finansowej. A może owa bohaterka, wydała swoje środki finansowe odłożone na czarną godzinę, opłacając rachunek za gaz i nowy aparat na zęby? A propos. Jak ktoś nosi, nosił aparat na zęby, to wie, że są to niekończące się wydatki, póki się go nie zdejmie. Sama wydałam w tym celu tyle pieniędzy, że z tej kasy miałabym niezłą brykę. W Warszawie, jeden łuk aparatu stałego z zamkami metalowymi, kształtuje się w kwocie 1200 -1600 zł. Sam jeden łuk! Wspomnę jeszcze, że za każdą „pierdołę” płaci się oddzielnie.

Po rozwodzie, każdy ma prawo układać sobie życie na nowo. Ale gdybym była dzieckiem i usłyszałabym, że tata nie chce dołożyć na moje korepetycje, bo nie jest maszynką do robienia pieniędzy, byłoby mi niezmiernie przykro. Tym bardziej przykro, że wyjeżdża z nową partnerką i jej dziećmi wypoczywać na Sri Lance, a ja jestem nieplanowanym wydatkiem.

Zastanawia mnie fakt, że w tym przypadku od kobiety oczekuje się, by miała odłożone pieniądze na dodatkowe wydatki, a od mężczyzny już nie. Dlaczego? Przecież skoro jest on ojcem dwójki dzieci, też powinien mieć odłożone środki na taką okoliczność. Chyba, że przyjmiemy, iż płacąc alimenty wywiązał się z roli bycia ojca. Co za smutne myślenie. Tak ma wyglądać ojcostwo? Nie! Ojcowie tak myślący, powinni się wstydzić.

Innym zastanawiającym stwierdzeniem jest to, że była żona nie powinna prosić byłego męża, o dokładanie się w ponoszonym wydatku. Przepraszam najmocniej. A kogo ma prosić? Ciotkę, wujka, panią ze sklepu, nieznajomą czy księdza? Żadna z wymienionych osób, nie jest biologicznym ojcem dzieci bohaterki. Mimo, iż są po rozwodzie, mają wspólne dzieci, które zawsze będą ich łączyć, do końca swych dni. Będą musieli wspólnie rozwiązywać problemy dzieci, podejmować decyzje, co do ich przyszłości i ponosić wydatki.

Niestety, to panom najczęściej łatwiej się żyje po rozwodzie. Kobiety, sprawujące opiekę nad dziećmi mają trudniej, by zaczynać wszystko od nowa. To one zazwyczaj obarczone są wszystkimi obowiązkami. Nadprogramowymi wydatkami również.

Osobom plującym jadem, proponuję o chwilę refleksji i zastanowienia. W życiu nic nie bywa tylko białe, czarne i jednoznaczne. Odrobina zdrowego rozsądku też nie zaszkodzi.

W swych sądach publiczność zawsze jest głupia, kieruje się bowiem wyłącznie potrzebą chwili. – Mikołaj Gogol