Blogowigilia – mieszkać w Warszawie i nie spróbować dostać się na nią byłoby grzechem. Wysłałam zgłoszenie i dostałam zaproszenie. Byłam szczęśliwa, ale im bliżej było do godziny zero, entuzjazm gdzieś mi uleciał. Przygotowania świąteczne, problemy, stłamsiły radosne oczekiwanie.
W dniu spotkania walczyłam z humorami Bulby, bałaganem w oczach, długością kolejki do okienka pocztowego i długością kolejki do przymierzalni w H&M, bo odkryłam, że nie mam wypranych jedynych spodni wyjściowych. Zawiało grozą. Bo jak w godzinę kupić spodnie, które wbiją się na me ciało? Na ciało, które trzy lata po porodzie nie doszło do siebie po tym wyczynie? I stał się cud! Grzebiąc w meandrach wieszaków znalazłam parę szytą na Liliputa z elegancko-sportowym sznytem. Wróciłam do domu z obłędem w oczach. Była godzina szesnasta i istniało duże ryzyko, że nie zdążę się wylaszczyć na wyjście. Połowę rzeczy sobie darowałam, peelingi, maseczki, balsamy.. Skupiłam się na wysuszeniu włosów, podkreśleniu oka i pomalowaniu paznokci. A wiadomo, gdzie lakier tam i Bulba. Więc zamiast sobie, malowałam jej paznokcie. Kiedy maznęłam, w asyście dziecka i dziecięcej, nieposkromionej ciekawości, własne pazurki, stwierdziłam, że lepiej wyjdę na tym, jak kolor potraktuję jednak zmywaczem.
Wystroiłam się w rodowe klejnoty, które oczywiście chciała zawłaszczyć Bulba, ale zadowoliła się sznurem pereł, który obecnie finezyjnie zdobi naszą choinkę. Przy kapeluszu poległam, wsadziła go sobie na głowę, uciekła, a ja skapitulowałam i wzięłam czapkę. Wytargałam z kartonu buty na obcasie i wbicie się w nie było mniej kłopotliwe (to prawda, nie mit – po porodzie stopy są większe), niż wbicie się w płaszcz. Wychodziłam z domu na pełnym wdechu, bacząc na guziki, w eskorcie machającej Bulby ręki i powłóczystego spojrzenia Przyszłego.
Jak zwinny elf, wbiegłam do autobusu i odkryłam, że nie załadowałam telefonu. A wiecie, że bloger zawsze musi mieć naładowany telefon? Kupując bilet, karta odmówiła współpracy i przypomniała, że zapłaciłam sporą sumkę za wywołanie zdjęć. Adrenalina przez dwa przystanki, by wysiąść w miejscu, gdzie biletomat przyjmuje gotówkę jest bezcennym przeżyciem. Każdemu polecam. Jak już bilet kupiłam, to utknęłam w korku, spowodowanym przez gawiedź odjeżdżającą z włości centrum handlowego. Ale żadne nieprzychylności losu nie powstrzymały mnie, by dotrzeć pod Rotundę, gdzie umówiłam się z Magdą. Razem dotarłyśmy pod Club Capitol i stanęłyśmy w kolejce jak z PRL – u. To była trzecia kolejka jaką zaliczyłam tego dnia. Tym razem dla odmiany na świeżym powietrzu, w przeciągu, ale dzięki Bogu nie było ulewy ani zawieruchy śnieżnej, ani nawet tornada. Po 45 minutach udało nam się wejść do środka, w towarzystwie Ani, którą miałam przyjemność poznać na szkoleniu blogerów w Mordorze. I doszłam do wniosku, że mogłam wykąpać dziecko, uśpić je, pocałować na dobranoc i że zdążyłabym ogolić nie tylko pachy, ale i nogi.
Jak weszłam do środka, zaczęło się balowanie Bamboszy:
- szłam po czerwonym dywanie;
- zaliczyłam ściankę -moją pierwszą. Jestem zaręczona, więc tylko ścianki mi już pozostały;
- siedziałam Mikołajowi na kolanach;
- miałam sesję w foto-budce;
- wypiłam trzy drinki, piwo i nie zaliczyłam gleby;
- obsypałam się brokatem ozdabiając gwiazdę betlejemską;
- Coca-Cola połechtała moje ego spersonalizowaną puszką;
- Tesco zadbało o moje podniebienie;
- Rimmel podarował przyjemny upominek;
- Antyradio Cover Band porwało mnie do tańca i poczułam się jak w podstawówce, w ósmej klasie.
Organizatorzy i sponsorzy zapewnili dobrą zabawę, miłą atmosferę, pyszne jedzenia i ciekawe atrakcje. I chylę czoła, bo ja ledwo oswajam umysłem urodziny Bulby, które zbliżają się wielkimi krokami i przybycie członków rodziny, w liczbie dwunastu osobników.
Jedyne do czego bym się przyczepiła, inaczej nie byłabym sobą, to:
- niepomyślenie, by udział w wydarzeniu mogły wziąć osoby niepełnosprawne;
- piękne wnętrze, ale zbyt małe na taką ilość osób;
- ciasna i gęsta atmosfera w kąciku DIY;
- mała ilość miejsc siedzących.
Mam nadzieję, że w przyszłym roku organizatorzy wezmą pod uwagę te niedogodności.
Można też było przekazać Rzeczy od serca. Zachęcam was do udziału w przedsięwzięciu i wsparciu akcji. Cały dochód wystawionych na aukcjach Allegro rzeczy, zostanie przekazany na rzecz Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.
Blogowigilia była moim ostatnim blogowym spotkaniem w tym roku. I ona niejako podsumowała i zrewidowała moje bywanie w wielkim świecie blogosfery. Zweryfikowała moje potrzeby i priorytety, ustawiła do pionu. Zwieńczyła obserwacje i dała zaskakujące przemyślenia.




