Zieleni się cudownie. Promienie słońca przebijają się przez chmury. Wiatr targa gałązki oplecione w kwiecie. Z budynków znikają brzydkie odcienie szarości, ustępują miejsce wiosennej świeżości młodych listków.
Wstrzymując na moment oddech, z drżeniem serca czekam na rozkwit, na urodzaj, pomyślne zbiory.
Wystawiam twarz ku słońcu, włosami starając się uchwycić swawolny wiatr. Dotykam dłonią delikatnych liści. Mam nadzieję, że sprzyjająca natura przegoni niepokoje, doda śmiałości, przyniesie równowagę. Mam nadzieję, że gwałtowna burza przeobrazi się w aromatyczną, pogodną błogość, letarg w euforyczny zapał, żałoba żalu w pomyślną przychylność losu.
Nie oczekuję sielankowej idylli. Pragnę tylko spokoju i niezmąconej radości na krętych ścieżkach życia.
Nie potrafię się cieszyć. Pokryta wulkanicznym pyłem, nie mogę się wzbić ku niebu. Drobne osiągnięcia, cele, pokrywa gruba warstwa ironii kreująca nielogiczny bezsens.
Z niezłomnością dopinam skrzydła, które nie mogą mi wyrosnąć.
Chcę poszybować wysoko w górę, mimo iż wiem, że spadnę z hukiem na ziemię, podzielając żywot Ikara.
Z niezłomnością wpatruję się w topolę, która może zdradzi mi wskazówki, by lot zakończył się pomyślnie.
Topola. Moje źródło pocieszenia. Źródło łaski.




