Szaleńczo brakuje mi czasu. Kolejny tydzień minął nie wiadomo kiedy. I naprawdę nie wiem, jak te minuty rozciągnąć, by ze wszystkim się wyrobić. Najbardziej brakuje mi czasu na pisanie.

Ponoć każda szacowna Matka Polka wyrabia się ze wszystkim. Jest wielce zorganizowaną istotą, doskonałą kucharką, perfekcyjną gosposią i ma tysiąc zacnych cnót i zalet. Ja niestety nie mieszczę się w przyjętym kanonie. Jestem w ciągłym poślizgu, nie dosoliłam dzisiaj kotletów mielonych, za to przesoliłam pęczak, ale przynajmniej okno w kuchni umyłam w ekspresowym tempie. Nie wiem po co, bo istnieje już na nim widzialny ślad ręki Bulby, potwierdzający jej bytność w tym miejscu. Bestia przysunęła sobie krzesło do okna, wdrapała się na nie i ubrudzonymi paluchami zrobiła maziaje, by swą rodzicielkę doprowadzić do białej gorączki.

A potem pobiegło to dwuletnie cudo, by wspiąć się na zagłówek kanapy, zlecieć z niego na siedzenie, a potem skoczyć jak Małysz w przestwór pokoju. Rzuca się to to na dywan, jak komandos i tarza się w dziwnych konfiguracjach na brudnym dywanie.

Bluba trenuje. Trenuje skoki również ze schodków w mieszkaniu. Z niepokojem patrzę na stolik, na którym dziś dumnie się rozsiadła i nie myślę, wcale nie myślę, jaką skocznię jeszcze wymyśli.

I kiedy mnie ogarnia błogi spokój domowego „zacisza”, okazuje się, że Bulba właśnie eksperymentuje z cieczami. Przelewa wszystko do wszystkiego, rozlewa, maże zapamiętale po stole, krześle, kartce, nie pominie nawet ścian i topi w kubku wszystko oznajmiając donośnym krzykiem, że jej tam niechcący wpadło.

Po ogarnięciu wodnego pobojowiska cieszę się, że dziecko zajęło się spokojnym rysowaniem i wypijam łyk herbaty o smaku.. ogórka! I stwierdzam ze zgrozą, że me cudo dorwało długopis, popisało siebie, rajstopy, ścianę i nową książeczkę.

Czy moje dziecko jest grzeczne? Moje dziecko bywa. Czasami. Przeważa, że nie jest. Wiadomo, że musi się tego nauczyć. Pozwalam jej na pewną swobodę w granicach zdrowego rozsądku, na swobodę testowania mojej cierpliwości. A ona z tego przywileju korzysta nagminnie, sprawdzając, na ile może sobie pozwolić. Zazwyczaj wytyczone granice przekracza, a moja cierpliwość się kończy i mam ochotę ją wysłać wówczas w kosmos. Mój autorytet i stoicyzm ginie w czeluściach bezradności wobec jej słowa: „nie”.

To jest ciągła walka, by granice utrzymać. By wiedziała jakie zasady panują, stosowne do jej wieku. A ona wówczas wygina się i tarza już po ziemi, wije się jak węgorz, płacze wniebogłosy i wali głową w podłogę. Zazwyczaj taki spektakl urządza w miejscach publicznych, a ja najchętniej zapadłabym się pod ziemię. Ludzie wokół patrzą na mnie z politowaniem, bo w ich mniemaniu nie umiem poradzić sobie z własnym dzieckiem. Wcale się nie mylą. Gorzej, jak już politowanie zamienia się w dezaprobatę, a ta z kolei na niemy nacisk „uciszenia tego bachora”, a potem podejrzliwe spojrzenia „co ta matka, temu biednemu dziecku zrobiła”. A ja nie pozwoliłam jej się utopić w stawie, gdzie pływały kaczki, do którego ona usilnie chciała wejść.

Zazwyczaj czmycham z zapakowaną do wózka latoroślą. Czasami pozwalam jej na spazmy na ziemi, ale ucinam je, pakując ją do wózka, gdy już drugi raz walnie głową w glebę. Nie tłumaczę jej wówczas niczego, bo takie próby podwajają tylko histerię. Nie mam na takie sytuacje patentu. Jestem w takich momentach bezsilna. I mam poczucie klęski, bo najchętniej dałabym jej wówczas klapsa.

Nie wiem, która porażka jest bardziej dojmująca. Kiedy rozmyślam o klapsie, kiedy wije się histerycznie, czy kiedy grzecznie słucha moich wywodów, tłumaczeń, z kpiącym uśmieszkiem na ustach.

Bunt dwulatka chcę mieć już za sobą.

Kocham Bulbę nad życie. Jest moim wielkim szczęściem i radością. Ale bycie rodzicem to nie same lukrowane laurki i taka łatwa sprawa. A kto śmie twierdzić inaczej, na umyśle nie jest zbytnio zdrowy.

Nie uwierzę nikomu, że co najmniej do osiemnastki dziecka nie przeżył ani jednego załamania nerwowego, zwątpienia, rozpaczy, bezradności, wątpliwości lub miał ogromną chęć wysłać dziecko do dziadków na przynajmniej dwa lata.