O tym jak początkowo nie byłam podekscytowana Gdynią, doskonale wiecie. Ale to uczucie trwało póki nie wsiadłam w pociąg. Po rozgoszczeniu się w kempingu, spoglądając z lubością na morze, gdzie w tle majaczyła się Mierzeja Helska, skradziono moje serce. Gdynia jest kolejnym miastem, które mnie urzekło i z utęsknieniem czekam, by je ponownie odwiedzić.
Kolejny dzień zwiedzania Gdyni rozpoczęliśmy od podziwiania ulicy Świętojańskiej – jednej z głównej ulic serca miasta, uznawanego za najbardziej reprezentatywną. I chociaż mnie osobiście najbardziej przypadła do serca ulica Starowiejska, to muszę przyznać, że i Świętojańska wywarła na mnie wrażenie samą już długością – 1866 metrów i 24 metry szerokości. Na jej krańcach jest bardzo duża różnica poziomów. Na początku ulicy jest to 4 m n.p.m., a na samym jej końcu – 27 m n.p.m.
Na tej ulicy mieści się kościół Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski, który obecnie ma rangę kolegiaty. Kościół budowano dwa lata. Został poświęcony w 1924 roku. Budynek jest zbudowany w stylu neobarokowym. Zaciekawi was to, że beczkowate sklepienie zostało wykonane z beczek okrętowych, służących do przewozu towarów. Jest ono wsparte na ośmiu filarach, biegnących wzdłuż bocznych ścian kościoła. Wchodząc do środka, przy wejściu, rzuca się w oczy zawieszony model okrętu, podarowany przez komandora Bramińskiego.
Kolejnym naszym celem był punkt widokowy na Kamiennej Górze – to morenowe wzgórze, które jest najmniejszą pod względem powierzchni dzielnicą Gdyni, mające w najwyższym punkcie 52,4 m n.p.m. Do punktu widokowego można wejść o własnych siłach po licznych schodkach lub wjechać bezpłatną kolejką. My wybraliśmy drugą opcję. Ta atrakcja turystyczna jest oblegana i trzeba trochę postać w kolejce.
Punkt widokowy zapiera dech w piersiach. Panorama portu i miasta zachwyca. Szczyt punktu widokowego zdobi 25-metrowy, stalowy krzyż, projektu Wojciecha Dworskiego i Janusza Jarzębowicza, wykonany przez Stocznię Remontową „Nauta” (1994 rok).
Na Kamiennej Górze usytuowane są piękne zabytkowe wille i pensjonaty, wybudowane w latach dwudziestych i trzydziestych XX wieku. Ich podziwianie zostawiliśmy na przyszły rok.
U podnóża góry, przy Placu Grunwaldzkim, mieści się Muszla, Teatr Muzyczny im. Danuty Baduszkowej oraz Gdyńskie Centrum Filmowe. Powiem wam, że to jest cudowne miejsce. Można się napawać pięknymi budowlami, drzewami, zrobić piknik na trawie, czy wylegiwać się na leżaku, który można wziąć, gdzie jest wejście do kolejki na Kamienną Górę. Tyle dobroci w jednym miejscu, nieopodal morza.

Potem skierowaliśmy się ku plaży miejskiej Gdynia Śródmieście. Ominęliśmy cudem duży plac zabaw, który się na niej znajduje. Bulba byłaby w raju, ale nie wyszlibyśmy stamtąd wcale. Myślę, że moje dziecko zostałoby tam na zawsze. Co do plaży. Jest ogromna. Ma latorośl była przeszczęśliwa tarzając się w piachu.


Po harcach i odpoczynku na plaży, pospacerowaliśmy Bulwarem Nadmorskim im. Feliksa Nowowiejskiego o długości dwóch kilometrów. Doszliśmy do samego końca. Przy promenadzie jest również ścieżka rowerowa, a po drodze minęliśmy także siłownię plenerową. Na samym jej końcu jest też plac zabaw. Minęliśmy też „Gdyńskie Rybki” – odlew z metalu projektu Adama Smolany, kamienną rzeźbę kobiety oraz kopię rzeźby dwóch łososi stojącej w Urzędzie Miasta autorstwa Louise McDowell.


Z Redłowa wyruszyliśmy zobaczyć Orłowo. Idąc na przystanek autobusowy minęliśmy Skatepark oraz Pomnik Ofiar Grudnia 1970 – upamiętniający protestujących robotników, którzy zginęli w starciu z wojskiem i milicją. Trochę dalej znajduje się też pomnik Józefa Piłsudskiego, autorstwa Stanisława Szwechowicza. Ten pomnik wywarł na nas miłe zaskoczenie. Najlepsze wykonanie jakie dotąd widzieliśmy.

Wreszcie wsiedliśmy do autobusu i pomknęliśmy do Orłowa. Klif Orłowski i molo – z tym kojarzy się to miejsce. Jest kameralnie, romantycznie, pomimo sporej ilości odwiedzających ten zakątek.



To miejsce dodatkowo będzie mi się kojarzyć ze stacją rybacką, Domkiem Żeromskiego, ze skansenem rybackim znajdującym się tuż obok, a także rzeźbą „Ławeczka Antoniego Suchanka” (2009), malarza – marynisty, którego autorem jest Zdzisław Koseda.
Domku i skansenu nie udało nam się zobaczyć od środka. Było już późno, byliśmy zmęczeni, bo Bulba wcześniej testowała, znajdujący się przy molo, plac zabaw, gdzie spędziliśmy najwięcej czasu.
Następnego dnia wybraliśmy się do Gdyńskiego Muzeum Motoryzacji. Dotarliśmy tam od ulicy Północnej. Tej trasy nie polecam. Nie ma chodnika, idzie się tędy nieprzyjemnie, pcha ciężko wózek, przechodzi się przez tory kolejowe, a śmigające obok tiry powodują palpitacje serca. Jeśli poruszacie się komunikacją miejską i będziecie z dziećmi, proponuję do muzeum dojechać ulicą Chylońską. Co do muzeum. Eksponaty robią wrażenie. Każdy eksponat jest sprawny. Minusem muzeum jest bardzo mała jego powierzchnia. Perełki motoryzacji są ściśnięte, poustawiane blisko siebie, przez co nie można dokładnie ich obejrzeć. Ci, którzy chcą cieszyć się detalami będą zawiedzeni. Wejście do muzeum również nie przyciąga. Gdyby nie napis, myślałabym, że idę do warsztatu samochodowego. Ale rozumiem, że możliwości właściciela są ograniczone i życzę mu, by w przyszłości mógł swoje cuda wyeksponować w luksusowych warunkach.


Potem udaliśmy się na Plac Kaszubski. To kolejne piękne miejsce zachęcające do relaksu. Tutaj znajduje się rzeźba „Para Kaszubów na ławce”. Jej autorem jest Adam Dawczak – Dębicki, a historia pary siedzącej na ławce ściska za serce.
Na placu jest też pomnik kaszubskiego działacza społecznego Antoniego Abrahama, którego twórcą jest Stanisław Szwechowicz.
Idąc ulicą Starowiejską doszliśmy do Domku Abrahama, w którym mieszkał od 1920 roku, aż do swojej śmierci w 1923 roku. Dom został zbudowany w 1904 roku przez Jana Skwiercza. Jest piękny, ale nie jestem obiektywna w ocenie, bo kocham czerwoną cegłę.
Idąc dalej doszliśmy do Hali Targowej, zbudowanej w latach 1935-1938. Halę zaprojektowali Jerzy Müller i Stefan Reychman. Jest jednym z nielicznych przykładów konstruktywizmu w polskiej architekturze. Nie omieszkaliśmy zrobić tam zakupów.
Zwiedzanie skończyliśmy w pobliżu dworca kolejowego, gdzie mieści się Pomnik Gdynian Wysiedlonych. Pomnik upamiętnia około 80 tysięcy mieszkańców, którzy zostali zmuszeni do opuszczenia miasta przez niemieckich okupantów, w czasie II wojny światowej.
Dzień był pełen wrażeń. Kto by się spodziewał, że Gdynia ma tyle ciekawego do zaoferowania.
W dniu, kiedy wylegiwaliśmy się na plaży w Oksywiu, opuściłam na kilkanaście minut mych towarzyszy i poszłam brzegiem morza w stronę Babich Dołów. Niestety doszłam tylko do jej początku. Musiałam już wracać, bo Bulba rozpaczała, że mnie nie ma. Pocieszyłam się widokiem torpedowni, hali montażowej torped wraz z urządzeniami, gdzie przeprowadzano próbne strzelania, wybudowanej przez Niemców w czasie II wojny światowej. Szkoda, że nie mogłam jej obejrzeć od środka, ale i na to znalazłam sposób po powrocie do domu.



Bliźniacza torpedownia znajduje się na Oksywiu, zwaną potocznie Formozą, na której mieści się stacja kontrolno – pomiarowa. Tej też nie zobaczycie z bliska, bo należy do wojska. A ciekawscy, niesforni niechaj się liczą z bliskim spotkaniem”Formozy” – elitarnej jednostki komandosów morskich.
Jeśli będziecie chcieli wybrać się z Oksywia do Babich Dołów pieszo z dwuletnim dzieckiem, to odradzam. W pewnym miejscu jest więcej kamieni, a i wędrówka po piasku bez żadnego bagażu, nie należy do lekkich wycieczek. Taką wyprawę można zaserwować większym dzieciom.
W opinii innych wczasowiczów na kempingu, plaża na Babich Dołach jest najfajniejsza w całej Gdyni. Najbardziej przyjazna dla małych dzieci. Tą śmiałą tezę sprawdzę osobiście przy kolejnym wyjeździe.
Na plaży w Oksywiu, na której byliśmy warto wybrać się rano. Po godzinie szesnastej słońce jest już za klifem. Plażowicze spragnieni opalania będą cali skąpani w cieniu. Zejście do tej plaży jest strome i cudem uniknęliśmy wtopy, by zabrać w to miejsce wózek. Przy samym brzegu jest dużo kamieni, ale Bulbie to nie przeszkadzało w zabawie. Najmniej kamieni jest w odcinku plaży dla psów i za kutrami rybackimi, chociaż tutaj trzeba sporo dojść.
W dniu wyjazdu nie próżnowaliśmy. Zwiedziliśmy Muzeum Miasta Gdyni. To kolejny nowoczesny, piękny i przestronny budynek. Na samym wejściu mamy wspaniałe doznania wzrokowe.
Pierwszą wystawę, którą zobaczyliśmy był projekt „Efekty uboczne” fotografa Kacpra Kowalskiego, który ukazuje z perspektywy ptaka relację człowieka a zamieszkiwanym przez niego środowiskiem. Fotografie efektownie i z innego spojrzenia przedstawiają oczywiście okolice Gdyni.
Kolejna wystawa na pewno spodoba się osobom, które lubią otaczać się pięknymi meblami. „Rygalik. Istota rzeczy” zapewni smakoszom stylu, designu niezapomniane doznania.
Z wielkim zainteresowaniem, na kolejnym piętrze, obejrzeliśmy proces powstania i budowy miasta oraz portu. W spektakularny sposób powstało nowoczesne miasto, które nadal jest symbolem innowacji, sukcesu, rozwoju. To się czuje, jak jego mieszkańcy są z tego dziedzictwa dumni.

Wystawa „Narodziny miasta. Gdyński modernizm w dwudziestoleciu międzywojennym” ukazuje też architekturę miasta. Pokazuje jak się zrodził mit „białej Gdyni” i jaką rolę odegrał w procesie budowy miasta modernizm. Nie bez powodu śródmieście miasta zostało uznane w tym roku za Pomnik Historii. Atutem wystawy są nieprezentowane dotąd materiały zdjęciowe i filmowe.
W muzeum warto mieć dwa złote przy sobie, bo wchodząc na wystawy nie można mieć przy sobie plecaków. Zostawiamy je w schowkach.
Moi drodzy! Gdynia jest studnią bez dna, jeśli chodzi o miejsca warte odwiedzenia. Uwierzycie, że zostało nam jeszcze sporo miejsc do zobaczenia?
Mam nadzieję, że w jakimś stopniu przybliżyłam wam to miasto i zachęciłam do podróży.



























