I po śmierci się nie zapomina.
***
Stałam w pokoju, który zdawał się być mały i ciasny. Tak.. Sporo urosłam od tamtego czasu.
Nic się w nim nie zmieniło. Dwa łóżka, maszyna do szycia, kredens, piec kaflowy, mały taborecik, zegar z kukułką. Jakby czas zatrzymał się w miejscu.
Ona.. Nie widziałam jej tyle lat. Ile to już minęło? Dziesięć? Piętnaście?
Zapamiętałam ją inną. Stała teraz przede mną maleńka, chudsza, z zabandażowaną nogą. Miała wciąż te same siwe, falujące włosy. Za to twarz była bogatsza o całe mnóstwo zmarszczek. Przypominała wysuszoną i popękaną latem ziemię. Była stara. Bardzo. I jak w dzieciństwie, tak i teraz nie mogłam sobie przypomnieć koloru jej tęczówek.
Była przygaszona po utracie męża. Tęskniła za nim. To była nowość. Ona czuła.
Zaczęła płakać. Z jej ust wydobywały się dźwięki, nie mogące ubrać się w słowa.
Niezdarnie mnie przytuliła. A ja z mieszanymi uczuciami odwzajemniłam uścisk. Do drzwi wyjściowych towarzyszył mi jej urywany szloch.
Siedziałam w aucie i tępym spojrzeniem obserwowałam spadające z nieba płatki śniegu. Byłam wytrącona z równowagi tym nieoczekiwanym spotkaniem. Powróciła scena sprzed tylu lat.
Stół kuchenny przy oknie i my siedzące przy nim, naprzeciwko siebie. W tle rozbrzmiewało szuranie kapci dziadka po podłodze. Spojrzałam na nią i z rozpaczą w głosie krzyknęłam: „Zrób coś!” Milczała. Z namysłem strzepywała okruchy ze stołu. Z desperacją wykrzyczałam cicho: „W końcu jego zabiję, by coś się w końcu zmieniło!” Opanowana, odpowiedziała: „Chcę w spokoju umrzeć”.
Wyszłam. Nigdy więcej nie przekroczyłam progu domu, w którym mieszkała, aż do tego dzisiejszego dnia.
***
Jej umieranie trwało kilka lat. W spokoju. Bez mojej obecności.
Zawsze się zastanawiałam, czy miała kiedykolwiek wyrzuty sumienia.
***
Wieko trumny zamknęło się.
Wybaczyłam staruszce zabranej przez śmierć.
Mała dziewczynka nie. Mała dziewczynka płacze nad sobą, nad nią, nade mną.
Dziecko nie zapomina.




